Stare rysunki dziecka

słomka wsadzona w destylat obrazów za którymi stoi
wiążący to siłą ewolucji duch indywiduum
pełznącej salamandry fal łoskotu skurcz
uzyskany spokój spojrzenie radosne z drugiego brzegu życia
stary żagiel nie boi się wiatrów iłu i piasku żywego ognia
wyrażają wszystko albo nic spokój lub rozpacz

piesek Pucio pogonił m n i e, po operacji idziemy z ciocią
i żółw skoczył z pnia, na którym się wylegiwał obok kaczek
zaraz jak go tylko palcem wskazałem
a wiewiórki brykały na parkingu, gdy nikt nie widział
ich zabawa trwa dalej w moim śnie
one pobrykały po zabiegu i ja zostałem zaproszony, wierzę
a ten żółw znikł w głębi, płochliwości wróżba i ucieczki zachęta,
może dyskrecji
spotykam ludzi wiewiórki i żółwie
teraz moja kolej

czerwienie wędrują z nieba na twarz, na wnętrzności
i na ciała oświetlone od wewnątrz
Afrodyta narodziła się z morskiej piany
włosy dziewczyny jadącej na rowerze
przechodzą delikatnie do jej duszy,
niekiedy żyją tak dłonie
chłopczyk wpatrywał się w Beatę
ludzie są jednym człowiekiem tylko w gąszczu
nikt nie jest wyjątkowy ale całe życie jest wyjątkowe
jaszczurka moja pełzła ku równinie bez skurczów
ale w skurczach rodzi się życie a równina jest nirwaną
nirwaną przedwczesną dla kogoś komu z morskiej piany
nie narodziła się jeszcze Afrodyta

ja się jeszcze nie narodziłem
ktoś się jeszcze nie narodził
przynajmniej raz się zjawił w łonie – sen od poczęcia do urodzin
szok zmiany, wejścia ramą we wszechobraz
nauki pobieranie
a gdzie pierwsze drugie trzecie i czwarte narodziny

spojrzenie na konstrukcje wielkich konstruktorów, no ale
jednego – może trupa
i są to ściany i domy i zaprawy i tłumy ludzkie – ktoś wspaniale skleja te rzeczy
i silniki wydobywające energię promienistą
i liście – ja nic z tego nie umiem a zresztą nie chce mi się męczyć
Walizka z narzędziami i dowcipy i pozytywna mądrość życiowa
robią mi wrzody W trakcie je czuję czynności i przy zdobywaniu
praktycznego optymistycznego nastawienia
Psychoterapeuci płacić sobie tyle każą że już mi wrzodów nie zrobią
Otoczony mądrością głupiec
mądry tylko mimowolnie, chciałbym się czegoś nauczyć
grać na jakimś instrumencie

aha,
przyspieszenie w ewolucji, wymiana zużytego paliwa i części
w punkcie odnowy i usuwania barier podróżującemu,

w trakcie narodzin coś bardzo zmęczonego brudnego słabego
zostawiasz za sobą
pozbywasz się całej wiążącej cię nici, klatki, kokonu i jesteś lżejszy..
wchodzisz w nową formę, coś wchodzi – to coś to napęd machiny
amfibii życia
życie to amfibia, instrumenty służące do przenoszenia się
się się się
okna mają w dużej ilości
rysowałem tysiące takich pojazdów, ryb, statków i czasem w nim
sterującego człowieczka
sterującego, ha, ha, niezgrabnie łapiącego kierownicę
i różańce i wyciągnięte ręce klęczących
dzieci na wesołych miasteczkach ciągle chcą jeździć i kierować
te małe poczwarki, skrzaty, szczęśliwe motyle

rozwala, rozkawałkowuje mnie festyn mijanych twarzy aniołów
z żadnym nie masz kontaktu
organ odpowiedzialny za komunikację gdzieś znikł
reklamy, wspólnota pracy, owieczki zbite w trzodę
zacząć wreszcie budować piramidę swą chcę
duchy prapoczątków to mój los i towarzysze
hotele mogą mieć kierowców w sobie
i stare samochody
i fabryki – bo to są ciała ciał pierwotnych, w których byli kierowcy
w jednym z tych okienek niezliczonych

nie ma jej różaniec i modlenie się, to stare formy kontaktu
to Zombie, to Zombie jako całość i z osobna
całość to trup i części to trup
jakiś Bóg Zombie

a więc chcę swej piramidy i twarzy dotkniętej
słów wypowiedzianych nie na darmo
życzliwe żarty to odważne wychodzenie do ludzi
autoterapeuta mi to zalecił
tak zbliżę się do kobiet, a więc do cielesności świata
od tej pory muszę próbować tego
efekty zapisywać w czymś w rodzaju pamiętnika

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


sześć × dwa =