Puls życia

Nie mam już zasadniczo problemów z ludźmi, osiągnąłem akceptacje w otoczeniu, co najwyżej grozi mi stagnacja, banał. Jedyny wyróżnik, puls życia to ta moja choroba. Ale ona jest rzeczywista. Czasem są chwile załamań w związku z nią. Wtedy mam syndrom poczucia krzywdy, frustracji, niezrozumienia i pretensji do ludzi. To taka moja skaza, rana. Już nawet nie mam tego poczucia krzywdy odnośnie tego, że nie rozumiano choroby moich rodziców.

Owszem, społeczeństwo wykazało pewne braki, ale to już pieśń przeszłości bardziej. Siostra cioteczna i jej mąż, moja żona, Ty, ten chirurg co prywatnie przychodził do mamy i opiekunka Magda, ci stanęli na wysokości zadania. I wielu innych. Jest też wielu moich tzw. znajomych, którzy mogą spadać na drzewo, by uczyć się od futrzaków. Ale ta, jak ją nazwałem – pieśń przeszłości – ożywa już rzadziej. Raczej tylko wtedy, gdy nasila się mój problem ze szczęką. Ale ostatecznie najtrudniejszym faktem egzystencjalnym jest cierpienie i jak je przyjmują inni. Bez cierpienia najlepiej żyć, wtedy wszystko jest takie łatwe. Pojawia się cierpienie i trzeba rzeczy zamiatać pod dywan. Ale nie można sobie wymyślać cierpień i ofiar do cholery.

Jednak co jest pulsem życia, cierpienie czy rozkosz?

Może w pierwszym okresie życia rozkosz, potem cierpienie. Na pewno nie nuda. Ja na swój sposób chciałbym w życiu jeszcze trochę rozkoszy, samorealizacji też, ale i rozkoszy. Dlatego nie lubię, jak czasem w złudnej gonitwie myśli znów czuje się krzywdzony, itd., już tylko w swoim imieniu. No, ale dopóki tak całkiem nie zostawię za sobą problemów szczękowych to te nastroje będą wracać. Ale mają jednak podstawę. Ale czy gdy już zostawię to za sobą, a może i tak być, to czy zacznę odczuwać puls życia?

Czy będzie ten ostatni ślad, smuga rozkoszy, czy wpadnę w apatię. Lecz jednak chciałbym przynajmniej nie musieć tak do końca czuć się niezrozumianym cierpiętnikiem. Tego w dzieciństwie i w katolickim wychowaniu nie lubiłem nigdy, to zrobiło wiele szkód. Chciałbym żyć mając poczucie rozwiązania tego problemu, a czy będzie nuda, czy nowe lęki, to już wezmę to na klatę, byle nie czuć się jak jakieś krzywdzone dziecko.

Inna sprawa, że zawsze będą krzywdy, dzieci, ale, no wiesz o co mi chodzi, o to, że to
przeszkadza. Stan normalny to mieć uregulowany z ludźmi bilans zobowiązań, win – być na zero, albo w pozytywie. Inaczej jest błądzenie, kraina złud, kraina apatii..

Ja jestem z tych, których puls bije słabo, ale jednak bije.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


siedem − jeden =